środa, 14 czerwca 2017

Chapter 12

Kolejne wakacje. Kolejny zawód. Nie raczyłeś odpowiedzieć na żadną moją wiadomość. Przestałam wierzyć w to, że coś się zmieni, a przecież tylko złożyłam ci niewinną prośbę pójścia na miasto. Chciałam z tobą porozmawiać, chociaż na chwilę usłyszeć twój głos, napawać się obrazem twojej twarzy. Czułam wewnętrzna pustkę, wyssałeś moją życiową energie niczym jadowity wąż.  Jestem siedemnastolatką, potrzebuje zainteresowania się moja osoba, a ty nadzwyczajnie w świecie wyjechałeś w celach zarobkowych na bite 3 miesiące do Norwegii. Tylko szkoda, że wróciłeś ze Skandynawii z towarzyszką, podczas gdy jak nadal czekałam i czekać będę.

Moje życie powoli wraca do normy. Niestety nurtujący mój umysł rak mózgu codziennie przypomina  mi jak wiele mogę stracić. Niestety, a może stety nadal walczę. Za 30 dni mam operacje. Miesiąc wolności od wszelakiego rodzaju chemii i zapachów szpitala napawa mnie optymizmem. Ten wielki kamień każdego ranka pomaga mi dźwigać mój mąż, który nie przyjmuje do wiadomości, że mogłabym ich zostawić. Zrezygnował z sezonu przedolimpijskiego, aby moc zając się nami i trenować pod okiem najlepszych szkoleniowców, aby w Engelbergu sięgnąć po złoty krążek. Nikt nie zliczy ile razy odwodziłam go od tego szalonego pomysłu. Jednakże Johann to człowiek, który trwale trzyma przy swoim. Ogarnęło mnie ogromne wzruszenie, kiedy na wizji ogłosił, że najważniejszą rzeczą na świecie jest dla niego rodzina. Pozostał mi  on i dziewczynki,które są naszym oczkiem w głowie. Z racji dzisiejszej słonecznej niedzieli mamy w planach wizytę w lodziarni i spacer w parku. Ah tak, zapomniałam. Wzięłam przerwę w pracy. Na szczęście koledzy po fachu zrozumieli moja obecna sytuacje i w dzień pożegnania wyprawili mi małą imprezę. A jeszcze nie tak dawno uważałam ich za sztywniaków,dla których liczyły się tylko zyski.
Upijam łyk kawy spoglądając przez okno na świat. Ostatnio to polubiłam. Siedzenie w ciszy i rozmyślanie, plus filozoficzna książka w ręku.  Mój mąż często mi powtarza żebym nie trzymała się wyznaczonym schematom a cieszyła się z życia. Nadal próbuję.
- Mel idziemy? – krzyczy z holu Johann. Zabieram ze stołu telefon i podążam za nimi.
- Najpierw na lody czy do parku?- pytam poprawiając Katie sweterek
- lody- wykrzyczała cała trójka. I tak oto większością głosów poszliśmy na lody. Oczywiście było dużo śmiechu, kiedy dziewczynki miały więcej zimnego przysmaku na twarzy niż w ustach.
- Tato możemy powiedzieć mamie o plezencie?- powiedziała na tyle głośno Katie żebym wszystko słyszała. Zaciekawiona popatrzyłam na Johanna, który zaczął się śmiać.
- Katie cichoooo- przeciągnął nadal szeroko się uśmiechając.
- Co?Jaki prezent?- nadal uporczywie próbowałam się dowiedzieć, co moja kochana rodzinka zmajstrowała tym razem. Ostatnio pod moją nieobecność spalili ciasteczka przez co musieliśmy wietrzyć przez godzinę dom.
- No bo tata mówił, ze pojedziemy na wakacje. – oczy miałam jak pięciozłotówki słysząc słowa Alice.
- Jakie wakacje Johann?
- Za dwa dni zabieram was do Hiszpanii.- powiedział pewny siebie
- Czemu dopiero teraz się o tym dowiaduje?- zapytałam z wyrzutem.
- Mówiłem ci, żebyś nie trzymała się schematów. – dodał z taka lekkością, jakby nie zdawał sobie sprawy ze w ogóle nie jestem gotowa wyruszać gdziekolwiek zważywszy na czekająca mnie operacje.
- Zabije cie kiedyś Forfang.

Dwa dni zleciały tak szybko, że aż nie pamiętam co robiłam. Ah tak, pakowałam się.  W tym momencie czekamy na samolot. Dziewczynki biegają wokół bardzo niewygodnych siedzeń a Johann przegląda instagrama. Lot na szczęście nie był uciążliwy. Male poszły spać wraz z tatem a ja miałam czas poczytać moja nowa książkę ,,Bóg nigdy nie mruga’’. Jest to historia, która połowicznie odzwierciedla moje życie, aczkolwiek ja mam tyko Johanna a ją zdradził mężczyzna, który zrobił jej dziecko. Na szczęście nowotwór był do wyleczenia i kobieta mogła cieszyć się życiem z najbliższymi. Miejsce naszej podroży to Barcelona. Jest to piękne miasto z wielka historia, które tętni życiem. Jeśli zdrowie dopisze to znów tu wrócę. Zaraz po zakwaterowaniu dziewczynki zarządziły, że musimy iść na plażę. Spędziliśmy w wodzie kilka godzin, po czym zmęczeni udaliśmy się do hotelu, który nie wyglądał na tani. Po kolacji znów poszliśmy na plażę. Czułam się jak w niebie: ja, szum wody, zachodzące słońce i oni. Powoli zaczynam rozumieć swój los i to, że nie mogłam lepiej wybrać. Patrze katem oka na Johanna, który również podziwia widoki. W końcu czuje ze mam wszystko przy sobie. I nie chce tego stracić przez chorobę. 







#################################################################################
CZY KTOŚ MNIE TU JESZCZE PAMIĘTA? helloł ;)
zblizaja sie wakacje a co za tym idzie- wakacyjna nuda ;P
możne jeszcze cos tu nabazgram
ja bym zakończyła sielanką?? ;D
papatki do następnego ;****************
CZYTASZ-KOMENTUJESZ

niedziela, 12 marca 2017

Chapter 11


Testy gimnazjalne- pewien akt naszego życia, przybliżający nas do wyboru zawodów, pokazujący umiejętności, które nabyliśmy. Byłam w pełni przygotowana na tego typu wyzwanie. W domu leżała sterta plików i arkuszy, które jedynie potwierdzały moją wiedzę. Lecz problem był inny. Siedziałeś ławkę przede mną. Bardzo się stresowałeś, byłeś blady. W pewnym momencie odwróciłeś się w moją stronę i skupiłeś na mnie swój wzrok. Próbowałam zachowywać się normalnie. Od jakiegoś czasu unikałam z tobą kontaktów, wszystko za  sprawą tamtego ogniska. Zapytałeś się czy jestem zestresowana. Naturalne więc było, że odpowiedziałam ,,nie’’, czym tu się martwić?? Ja, wzorowa uczennica. Byłeś pesymistą mówiąc, że źle ci pójdzie, że nie dostaniesz się  do wymarzonego liceum. Do rozdania arkuszy przez opiekuna żyłam w przekonaniu, że to był żart. Lecz w ostatnim momencie znów się odwróciłeś szepcząc ciche ,,już po mnie’’. Przerażenie wymalowane na twojej twarzy wstrząsnęło mną. Zrobiłam to. Dla ciebie. Specjalnie napisałam źle, byleby znów być z tobą, widzieć cię w szkolnej ławce, a nóż widelec się uda.  Jaka szkoda, że zaprzepaściłam tym szanse na wielkie wyróżnienie. Co gorsza, ty znów o tym nie widziałeś, a w liceum zapomniałeś o kimś, kto rzuciłby się  dla ciebie w ogień.

 4 miesiące później.***
Idąc przez alejkę w parku napawam się wiosennym powietrzem. Zerkam na małe, które wesoło podskakują nie mogąc doczekać się odwiedzin.

Tak, rozstaliśmy się. Na amen.  Nie chciałam zniszczyć mu życia. Wiem, że przez to cierpi. Chcę dla niego jak najlepiej, nie zasługuje na mnie. Powinien sam ułożyć sobie życie, które będzie lepsze od tego wcześniejszego.  Nie mogę go oszukiwać, moje serce jest podzielone. Sama nie wiem, która polówka wygrywa.  Myślę, że jednak jest to Johann, który poświęcał mi każdą chwilę w szpitalu. A co do mojego wypadku? Pozostawił po sobie szczególne piętno. To nie była zwykła stłuczka. Po 2 tygodniach pobytu dostałam silnych bólów głowy, towarzyszyły mi wymioty i mdłości. Wszystko prowadziło do jednej diagnozy ….. rak mózgu. Na początku się śmiałam, nie mogłam  w to uwierzyć, lecz potem obraz  dorosłych córek bez matki uświadomił mnie, że nie będzie mnie przy nich w tych ważnych chwilach. Na szczęście został on  wcześnie wykryty, dlatego też czeka mnie rehabilitacja i ciągłe zabiegi. Boję się, tak cholernie się boję, że ich stracę. Dlatego staram się nie dawać po sobie tego poznać. Czuję się coraz gorzej, tracę siły. 
  Mimowolnie się uśmiecham, kiedy małe puszczają moją rękę i biegną w kierunku ojca. Otwiera szeroko ręce na widok córek.  To wielka ulga widząc, że nie zaprzestał z nimi kontaktu. Kiedy dziewczynki bawią się na placu zabaw my mamy czas na rozmowę. Zakładam swoje okulary przeciwsłoneczne i wpatruje się w Katie, która  lepi zamki z piasku.
- Mówiłaś już Lorze ?- wpatruję się w niego.
- Tak. Nie przyjęła tego dobrze.- mówię zgodnie z prawdą. W pamięci mam obraz, kiedy przyjaciółka zalała się łzami na te wiadomość, później już nie gadałyśmy.  
- Przykro mi. Potrzebujesz teraz wsparcia.
- Nie chcę go Johann.- ściągam okulary.- Chcę, żeby było tak jak kiedyś rozumiesz?
- To dlatego był ten rozwód?- pyta wprost.- przez chorobę?
- Jest 70% szans, że przeżyje. To nie miałoby sensu.
- Zawsze tak mówisz.- prycha.- myślisz, że jest mi łatwo jeździć na konkursy ze świadomością ,że nagle możesz osłabnąć?- mówi z urazą.
- Dlatego nie chcę, żebyś się mną przejmował. Masz całe życie przed sobą, karierę.
- Zostawiłbym to wszystko tylko powiedz.
- Nie mogę ci na to pozwolić.
- A właśnie, że możesz.- patrzy na mnie intensywnie.- Mogłaś mnie zostawić, mogłaś do mnie dziś przyjść z dziewczynkami, możesz też wrócić. Sam dobrze wiem, że leczenie jest drogie.- oj, trafił w sam środek.
- Ale nie chcę twoich pieniędzy. – odwracam wzrok. – nie myśl, że dam się przebłagać.
- Chcę tylko waszego dobra.- mówi spokojnie.- cholera  Mel – wstał.- Wiesz jak trudno mi jest teraz tak żyć? Mam w dupie to, że to jego kochasz, że nie potrafiłaś wybrać między tym co czujesz. Nawet gdyby on był ważniejszy ode mnie to mam to gdzieś. Bo jego nie ma, znów cię oszukał i co gorsza zostawił samą. Nie wie o twoje chorobie, nawet jeśli ktoś by mu o tym powiedział to jest mały procent, że wróci.  Zniszczył ci całe dzieciństwo a ty nadal  tego nie rozumiesz i nie chcesz przyjąć tego do wiadomości. Nie zasługuje na ciebie  Okej, może i ta impreza miała was połączyć. Ale cholera dziękuje losowi, że tak się stało, że  mamy dzieci, które są naszymi kopiami, że mam dla kogo wracać po konkursach, że nigdy nie popatrzyłbym się na inną kobietę jak patrzę na ciebie, że nigdy nikogo tak nie pokochałem,nie tęskniłem jak teraz. Więc proszę cię wrócić.- kuca przede mną.- wróć, bez pierścionka, funduszy, ale wróć do mnie z nimi. – dotyka mojego mokrego policzka. Wtulam się w jego ciało pozwalając łzom swobodnie płynąć. Nie wiem ile to trwa. Może 5 minut, może mniej. Gubię się w tym wszystkich i choć wiem, że znów go zranię to nie to chcę tego, bo na to nie zasługuję.  Odrywam się od niego.  Stoi z pytajnikami w oczach, czekając na jakikolwiek znak, ruch.- Alice, Katie idziemy.- mówię pewnie. Widzę żal i pustkę w jego oczach.-  musimy spakować rzeczy.- uśmiecham się lekko do człowieka, od którego bije energia i radość. Który zachłannie wpija się ustami w moje, który po chwili bierze na ręce dzieci. Który przebacza mi wszystko, stajać się moim aniołem, ziemskim aniołem. A przecież umie latać.









*********************************************************************************
Nauka- pisanie rozdziały  0:1 XDDDDDDD

Czy Melanie dobrze postąpiła?? 
Myśle, ze sprawa tego uroczego młodzieńca z tej pamiętnej imprezy powoli się rozwiązuje.;)

Pamiętaj  :czytasz-komentujesz-motywujesz ;)
ps. jeśli chcecie się zareklamować waszym ff to zapraszam na dział ,,spam'' na pewno przeczytam ;)))

poniedziałek, 6 marca 2017

Chapter 10



Pamiętam moje pierwsze ognisko. Byłam w kwiecie wieku. Liczyłam niespełna 15 lat. Dostałam zaproszenie w przed dzień imprezy.  Chodziłam cała w skowronkach. Nikt nie miał się o tym dowiedzieć, mieliśmy tylko szeptać. Wstęp nie był dla wszystkich, tylko wybrani mogli szczycić się tym przywilejem. I właśnie ja ,Melanie Pettersen należałam do  tej elity. Z pozoru cicha i wrażliwa, a jednak. Dużym problemem była zgoda od rodziców. Dla nich liczyły się tylko wyniki w nauce, nic poza tym. Mogłam być szarą myszką, aspołecznym człowiekiem bylebym tylko przynosiła pozytywne stopnie, by moje nazwisko figurowało na listach stypendystów. Nie powiedziałam im. Bałam się, tak cholernie się bałam, że mi nie pozwolą, a co gorsza będą mnie pilnowali, izolowali od rówieśników. Nie mogłam do tego dopuścić, nie teraz, kiedy moim celem ponownie stał się on. Zerwał z Ami i stał się realną zdobyczą wśród nastolatek. Impreza była przednia. Na stołach królowało piwo, okaz dojrzałości niewinnych uczniów, dla których pierwiastki stanowiły przeszkodę, aby móc w pełni cieszyć się życiem.Odważyłam się na ryzykowny krok, chciałam mieć go przy sobie w swoim wyidealizowanym świecie bez ciągłych rozczarowań i nacisków ze strony rodziny. Przeoczyłam jeden element. Nigdy nie nie usłyszał z moich ust jak bardzo go kocham……


Czekam. Wciąż czekam, ale czy jest sens?
Stresuję się jego przybyciem. Po co? Czemu? Te pytania krążą od rana w mojej głowie. Zamiast odpoczywać nieustannie chodzę.  Wyczekuje godziny, która nie nastaje. I nagle słyszę dźwięk pukania. Patrzę otępiałym wzrokiem w kierunku drzwi mówiąc ciche ,,proszę’’, które w zasadzie niczego nie zmieni.  Krew gotuje się we mnie i…… nagle odpływa. Kamień spada mi z serca na 3 sekundy. Pieprzone 3 marne sekundy, ażeby po nich martwić się w nieskończoność o to co się stanie. Do Sali wchodzi mój codzienny gość a zarazem mąż. Jestem szczęśliwa widząc go, lecz nie dziś. Proszę Johann jedź do domu…. Póki go nie ma.  Niestety jego zamiary są inne. Zbędne są moje prośby, które stawiam przed sobą w myślach. Wita się ze mną pocałunkiem.   Nic nie czuję, jakby musnęło mnie powietrze.

,,Sięgam ust
I wszytko gra miarowy puls
Ale miłości nie ma już’’’

- Jak tam?- siada przy mnie dotykając dłoni. Czemu je odsuwam? Patrzy na mnie z pytajnikami w oczach.
- Czuje się dobrze. Mogłabym już wrócić do domu. –nie patrzę na niego.
- Niestety dopiero za tydzień ujrzysz swoje córeczki i nasz dom.- znów próbuje mnie pocałować. DLACZEGO SIĘ ODSUWAM? Czuję wewnętrzną blokadę, coś mi mówi, że nie powinnam, popełniam błąd.  Patrzę w jego oczy, które wyrażają ból. Tak bardzo go tym ranię.
- Co się dzieje Mel?- chwyta ponownie, tym razem nieco mocniej moją dłoń.
- Nic Johann, tylko myślę, że …….- nabieram powietrza, żeby się nie rozpłakać. – to nie wyjdzie.
- Mel proszę.- walczę ze łzami ale widok jego zrozpaczonej twarzy jeszcze bardziej wypycha je na zewnątrz. – Nie zostawiaj mnie. Przemyśl wszystko.
- Nie dam rady.- odwracam głowę dając upust emocjom. Podchodzi do mnie i czule mnie obejmuję. CO JA DO CHOLERY ROBIĘ ZE SWOIM ŻYCIEM?
- Jeśli kiedykolwiek zastanawiałaś się nad tym, czy cię kocham to pamiętaj, że gdybym miał rzucić się w ogień zrobiłbym to 3 razy. Za dziewczynki i za ciebie. Popatrz na mnie- chwyta moja rozmazaną twarz – Kocham Cię.  Powiedz.- unosi na chwilę wzrok- proszę powiedz, że też mnie kochasz a dam ci spokój. Sama dobrze wiesz, co to znaczy. Tylko proszę powiedz to Melanie Pettersen. – chwyta się ostatniej deski ratunku, którą usuwam na każdym kroku. – Proszę….-nalega.
.
.
.
- Nie kocham Cię.- mówię cicho.

Jeszcze przez 3 sekundy wierci dziurę we mnie swoim wzrokiem, który gaśnie, jak świeczki na torcie. Bierze swoje rzeczy i odchodzi trzaskają drzwiami. Zachodzę się niepohamowanym płaczem. Na własne życzenie wszystko zepsułam, zburzyłam, myśląc tylko o sobie. Dawna ja wróciła. Tracę oddech. Maszyna zaczyna pipczeć. Na salę wchodzą lekarze. Chcę go zawołać, powiedzieć, że go potrzebuję, że w tym momencie dusze się tlenem ,lecz go już nie ma. Dostaję dawkę adrenaliny, ażeby móc sprawnie funkcjonować. Po pewnym czasie dochodzę do siebie. Zostaję sama, pośród własnych myśli.



Johann*
Biegnę mijając innych, którzy w spokoju zmierzają w przeciwną stronę. mam w sobie tyle energii a zarazem złości, że z chęcią poszedłbym na skocznie. Niestety dziś jest zamknięta. przypominam sobie o córkach, które oddałem pod opiekę mojej mamy. Właśnie w tych chwilach najbardziej jej potrzebuję. Samotna łza spływa po policzku, czuje się jak śmieć. Moje teraźniejsze  życie  to istna parodia. 
-Jestem- wykrzykuje przekraczając próg domu.
- Zbudzisz je. - upomina mnie rodzicielka. Czasem zachowuję się jak dziecko. Sam bym ze sobą zerwał gdyby to było możliwe. Siadam na krześle i chowam twarz w dłoniach.
- Co się stało z Melanie.- pyta pewna obaw.
- Nie kocha mnie.- nie przebieram w słowach.
- Nie powinieneś na nią naciskać po tym wszystkim.- mówi spokojnie.
- Powiedziała mi dziś to. Co ja mam zrobić. Nie dam rady żyć bez Alice i Katie a tym bardziej bez niej.
- A powiedziałeś jej to?
- Tak się składa, że tak.- mówię sarkastycznie.- wszystko przez moją chorą zazdrość o Phillipa.
- Nie pomyślałeś jak  ona się z tym czuje?
- Jak?- pytam niczego nie rozumiejąc.
- Została sama. Rodzice się jej wyrzekli. Zostałeś jej tylko ty i ciążowy brzuch. Musiała zacząć zarabiać na siebie, mimo że ją wspierałeś. Mimo, że widziałeś jak małe stawiają swoje pierwsze kroki, jak im rosną ząbki to tak naprawdę tylko częściowo. Cały czas jesteś w rozjazdach. W wakacje zostawiasz ją samą nie mówiąc o zimie. Całe swoje życie musi podporządkować swoim skokom i wychowaniu małych.
- Niczego jej nie brakowało.
- Miłości. A teraz ją zaskoczyłeś poświęcając jej cały swój czas. Wierzyła, że to tylko częściowe zauroczenie. Może popełniła błąd, ale daj jej czas.- uśmiecha się promiennie.
Czas.
Czas.
Czas.
Powtarzam jak mantrę.  Ja, porywczy skoczek narciarski.

**Mel.

 I czekam, choć powinnam wyrwać zaczepioną do mojej dłoni kroplówkę i pobiec za nim. Lecz nie, ja znów czekam. Mijają minuty, godziny, nastaje północ. Nic.
Zapomniał? A może liścik był tylko fałszerstwem?  Znów sobie ze mnie zażartował a ja głupia go straciłam, bo w mym sercu odezwała się cząstka starej mnie, dla której on był całym światem. Myślałam, że człowiek uczy się na błędach, one zaś stały się moją codziennością.

A on nadal nie przyszedł.







*********************************************************************************
To uczucie, kiedy przez weekendy nie masz czasu napisać nic a kiedy przychodzą sprawdziany bierze cię wena. XDD i to w poniedziałek pod presją tygodnia ;)))
Rozdział jest połączeniem piosenki, która każdego ranka towarzyszy mi w busie  (nie wiem dlaczego haha) i Noory (przez ścięcie włosów na podobna długość, przyjaciele mnie z nią porównują) XD

Może komentarz??
Ja lecę sie uczyć bo czas najwyższy ;)
Papatki ;*




sobota, 11 lutego 2017

Chapter 9


Obóz w góry. Pierwszy mój raz poza domem, rodzicami, pokojem, w którym chowałam największe sekrety. Zabrałam je. Może  nie wszystkie, ale jednak . Położyłam je na sam spód walizki  aby nie wydały się na zewnątrz. Na szczęście nie dostały się w niepowołane ręce. Do czasu….
Miałeś pokój na drugim piętrze. W zasadzie często tam przesiadywałam, ba  codziennie wręcz. Powstało małe ,,zgromadzenie obozowiczów’’, tak to nazwałeś. Byłam prze szczęśliwa, że mogłam należeć do organizacji gdzie dyrektorem byłeś ty.  Zaufałam ci bezgranicznie. Nocne przesiadywania i planowanie kolejnych dni powodowało, że z uśmiechem wstawałam o tej nieszczęsnej 6 godzinie. Z czasem wszystko się zmieniło. Twoje podejście do ciebie. Często rozmawialiśmy, byliśmy w jednych grupach, jedliśmy wspólnie śniadania. Coś pomiędzy nami zaiskrzyło, tak sądziłam. Powiedziałeś mi nad rzeką, że jestem inna niż wszystkie. Uwierzyłam w to, choć zawsze porównywałam się do miliona osób. Chciałeś się spotkać na osobności. Nawet nie wiesz jak długo czekałam na ten moment. Lekko zdenerwowana  szłam nad staw. I wtedy was ujrzałam, a raczej wasze głosy, które odbijały się echem w mojej głowie. Trzymałeś dłoń Ami a z twoich ust wydobyły się  słowa ,,podobasz mi się’’. Byłam roztrzęsiona, niedługo potem okazało się, że nasze spotkanie miało opierać się na przygotowaniu planu zgromadzenia. Czyli jednak nie byłam inna? ‘’


- O mój Boże Mel. Nawet nie wiesz jak się cieszę.- odetchnąłem głęboko i nieco chwiejnym krokiem podszedłem do łóżka. Jej mina mówiła, że jest zdezorientowana i zmęczona, a przecież spała taki szmat czasu. Usiadłem na krzesełku bacznie się jej przyglądając.
- Co ja tu robię?- odchyliła głowę.- boli mnie.- dodała.
- Może pójdę po doktora.- zainterweniowałem.  Powinienem wcześniej po niego pójść, jednakże zabrałby ją na dodatkowe badania a ja potrzebuje odpowiedzi.
- Co ja tu robię?- ponowiła pytanie.
- Tylko nie denerwuj  się proszę.- nabrałem powietrza. -No więc miałaś dość poważny wypadek i byłaś w śpiączce.
- A co z dziewczynkami?
- Były lekko poturbowane ale wyszły z tego. Teraz zajmuje się nimi Lora, która także cię odwiedzi.
- Chce się z nimi widzieć.- mówi próbując wstać z łóżka, jednakże ból uniemożliwiał jej jakichkolwiek ruchów. Jest osłabiona i blada.
- Może jednak pójdę po doktora.- mówię z lekką paniką wychodząc z Sali. Kto wie do czego by się posunęła? Widać, że niewiele ją teraz obchodzę. Puki co muszę odłożyć moje plany odbycia poważnej rozmowy z brunetką.

- Co jeszcze przespałam?- pyta obdarowując mnie lekkim uśmiechem.
- Kenneth wygrał KK.- podaje jej winogrono.
-Ojej.-ożywia się.- Lora pewnie pęka z dumy.
- Nie są już razem.- spuszczam z tonu.Oj, może nie powinienem tego mówić.
- Jak to?
-Kenneth miał romans.- mówię jeszcze ciszej. Jak ona dojdzie do zdrowia to Kenny go straci.
- Biedna Lora.- mówi sama do siebie.- a byli taką cudowna parą.- czuje, że nadeszła szansa dla mnie. Łapie ją za dłoń. Patrzy na mnie skupionym wzrokiem.
-A my?- wiem, że przez to jej stan może się pogorszyć ale muszę to wiedzieć, czekam już zbyt długo.
- A miałeś romans?- patrzy mi prosto w oczy.
- Nie.-zatapiam się w jej tęczówkach.
- Więc co ma być z nami?- unosi kąciki ust wprawiając mnie w zakłopotanie.
- Jesteś moją żoną.
- A i owszem.- zabiera kiść winogron.- Skoro sam uważasz, że nie miałeś  żadnego romansu to po co roztrząsać temat? Przecież wiem, że  nigdy nie podobała ci się Lise. – uśmiecha się chytrze. Skąd?
- To dlaczego tak zareagowałaś?
- Człowiek pod wpływem emocji robi się głupi. Sam fakt, że znalazłeś kogoś, wywiercił mi kołek w sercu. – uśmiech na twarzy znika.
- Cholera Melanie mówisz jakbyś przyjęła do wiadomości fakt, że mogłem cię zdradzić.
- Ależ przyjęłam.- mruga oczami.- miałam czas na przemyślenia i wiem ,że mnie nie zdradziłeś, ponadto trochę podsłuchiwałam twojego monologu w ostatnich tygodniach.- obdarza mnie uśmiechem. Nie pozostaje mi nic innego jak tylko  oddać się jej urokowi i wbić się w jej usta. O tak, tego mi brakowało.
- Musze już iść.- przerywam.- dzieci czekają.
- Zabierz mnie ze sobą.- wyciąga rękę – do domu i do moich księżniczek.
- Niedługo już będziemy razem.- złączam nasze dłonie.- ale najpierw musisz w pełni wyzdrowieć. Lekarz kazał ci się nie przemęczać i odpoczywać. – informuję ją.
- Wykiełkuję tu.- przewraca oczami, tak, tego tez mi brakowało.
- Nie rób kłopotów lekarzom.- ostatni raz  czule ją całuje i  uśmiechem wychodzę z Sali.

Noc**
Znów ich widzę. Stoją na środku drogi. Znów się kłócą. Jestem bezsilna, nie mogę się poruszyć a ni krzyczeć. Słysze bluźnierstwa i obelgi, które w siebie rzucają. Jest ciemno, oprócz nas nie ma żywej duszy. Nie widzą mnie. Nadal krzyczę z nadzieją, że w końcu mnie usłyszą. Niestety. Nagle widzę jak jeden z nich wyjmuje nóż. Ofiara pada na ziemie.Krztuszę się powietrzem. Zabija go. Na moich oczach. Jest mi niedobrze. Chce stąd iść !!!!!!!!!1

Momentalnie się budzę próbując wyrównać oddech. To tylko sen, koszmar. Powtarzam  jak mantrę. Kiedy już się uspokajam przenoszę wzrok na szpitalną półkę gdzie leżą piękne  lilie. Dotykam zimnymi stopami kafelków, po czym sięgam po kwiaty. Moje ulubione. Delektuje się ich zapachem. Natrafiam na karteczkę.

Mam nadzieję, że ci się spodobają. Żałuję, że nie mogłem być wcześniej. Byłem tu, nie miałem serca cię budzić. mam nadzieje, że wszystko z Tobą w porządku. Martwię się.Jutro się spotkamy. Stęskniłem się za tobą.  <3



Lilie upadły na ziemię. Szybko je podnoszę i wstawiłam do szklanki z wodą. Jestem pełna obaw. Przeczuwam kim jest adresat, ale przecież to niemożliwe. Czy Johann kłamał? Jedna noc spowodowała, że cała śmiałość ulotniła się ze mnie niczym pęknięty balon.




*********************************************************************************

Mam nadzieje, że tak jak ja ,,zerwiecie nockę'' na Sapporo ;D a jeśli nie to chociaż przeczytacie moje bazgroły. W końcu znalazłam trochę czasu pomiędzy nauką  ;> 
I w ogólnie mi się to nie podoba, sielanki są nudne ;<<<>>
Będę próbowała coś zmienić.
 Do następnego słoneczka ;**


piątek, 27 stycznia 2017

Chapter 8


Zakończenie roku to z jednej  strony ogromna ulga dla wszystkich uczniów, a z drugiej natłok wyjazdów, spotkań z przyjaciółmi. Ja taka nie byłam. Mimo grupki koleżanek zostałam sama na te 2 miesiące. Poświęciłam się książkom, wykreowanym przez wyobraźnię życiu i dziadkom. Często składałam im wizyty. Mięli ze mnie dużo pociechy, przy każdym spotkaniu wychwalili moje oceny i wręczali prezenty. Lecz to nie dla nich przemierzałam 50km tygodniowo. Nastał czas, kiedy portale społecznościowe decydowały o przynależności do jednostek. Jeśli nie miałeś/aś odpowiedniej liczby znajomych, odpadasz. To prosta gra aczkolwiek bardzo skomplikowana. Okłamałabym siebie mówiąc, że nie zależało mi na nich. Gdybym choć trochę więcej ich miała inaczej patrzyłbyś na mnie. Niestety social media były  tylko zabawą, gierką, aż szkoda, że przysłoniły ci rzeczywistość. U babci próbowałam zapomnieć o tym Cyber świecie. Lecz nadaremnie. Kolejne albumy zdjęć z wycieczek, wypadów na kręgle, aqua parków zaniżały moją samoocenę. I byłeś ty, całkowicie odcięty od świata. Nie pozostawiałeś suchej nitki na nowo dodanym zdjęciu obraźliwie go komentując. Miałeś władze, tysiące obserwowanych, którzy ślepo zapatrzeni podziwiali każdy twój ruch.

- Na pewno nie chcesz mojej pomocy? – nalegała Lora. Przewracam teatralnie oczami.
- Od kiedy nagle się tak o mnie martwisz?!
- Spójrz na siebie. Wyglądasz tragicznie.- jak zawsze stanowcza.
- Dzięki?
- Martwię się o ciebie, dziewczynki.
- Nie potrzebuje współczucia.- zakładam ręce.- I nie musisz zostawać na noc. Poradzimy sobie.- zapewniam ją.- Wiem, że masz ciekawsze plany niż oglądanie bajek i spanie od 21.
- Akurat nie mam.- potrząsa głową.- Kenneth pojechał do mamy i nie wiem kiedy wróci.
- Przedstawił cię jej?- dopytuje unosząc brwi.
-Nie i wiesz co gorsze? Nawet nie zamierza.- mówi oschle opierając się o kaloryfer.
- Jakiś problem?
- Nie wiem. Kiedy się go pytam zbywa mnie albo mówi ,,moja mama nie lubi  dziewczyn, które przywożę’’.- opuszcza głowę.- mam wrażenie, że się mnie wstydzi.
- No co ty, ciebie?- podnoszę ją na duchu.- może nie jest jeszcze gotowy. Sama zobacz, jesteście ze sobą zaledwie 2 miesiące.
- Ty w tyle się ożeniłaś. Przepraszam.-dodaje widząc moją minę. Próbuję się powstrzymać przed całkowitym płaczem.
- Nic się nie stało.
- Wiesz, że on wróci.- uśmiecha się lekko.
- Słyszę te słowa już od tygodnia i wiesz co? Jakoś nie widzę skutków. Gdyby dziewczynki były małe mogłabym to zbagatelizować. Teraz się nie da. Przywiązały się, na domiar złego tęsknią cholernie za nim. A ja jestem bezsilna bo wiem, że  nie ma go  tu przy nich.
- Musi przemyśleć kilka spraw. Daj mu czas, to mądry chłopak.- unosi kąciki ust.
- Od kiedy tak go polubiłaś?- odwzajemniam uśmiech.
- Od kiedy wziął na barki cały dom i kobietę z 2 dzieci. To nie łatwa sztuka.- puszcza oczko
- To co kawa i pralinki?- dźgam ją w bok. Wyciąga telefon, jej twarz się ożywia.
- To Kenneth. Zaraz będzie i zabiera mnie gdzieś. Niestety siła wyższa kochana.- ubiera buty cała w skowronkach. Nic tylko pozazdrościć.
- Miłego wieczoru.
- Jak coś to dzwoń.- informuje mnie po czym znika za drzwiami.
Ehh czyli kolejny wieczór spędzimy same.

**
Płacz. Słyszę płacz.. Momentalnie się budzę? Dziewczynki? Biegnę do ich pokoju.
- Co się dzieje?- biorę je na ręce.
- Chcemy do taty.- mówi Alice pocierając oczy.
- Ale jest noc.- pokazuje  na okno.
- Chcemy do taty.- zanoszą się płaczem. 30 minut potem obie nadal nie ochłonęły, wręcz ich rozpacz się nasiliła. Nie pozostaje mi nic innego jak tylko złożyć wizytę Johannowi o 3 w nocy. Jadąc przez miasto nie widzę żywej duszy. Zresztą nie powinno mnie to dziwić.
Po niespełna 40 minutach stoję z dziewczynkami przed drzwiami rodzinnego domu Forfanga. Niepewnie pukam do drzwi. Otwiera mi  nieznana szatynka ubrana w krótkie spodenki i top. Kim ona do cholery jest?
- Wie pani która jest godzina?- Pani? Patrzę na dom. Ten, na pewno ten. Nie pomyliłam się.
- Jest może Johann?- pytam wprost. Widzę zdziwienie na jej twarzy.
- Tak. Coś jeszcze?- co za bezczelna dziewczyna. Mrugam oczami próbując przyswoić sobie fakty.
- Mogłabyś go zawołać?
- Mam mu powiedzieć, że przyszli……?- pyta z lekceważeniem.
- Jego dzieci.- uśmiecham się triumfalnie. Teraz to dopiero jest zdziwiona. Puszczam oczko małym, które bez słowa wpatrują się to we mnie to w szatynkę. Po 3 minutach przychodzi Johann. Na Boga on jest pół nagi!
-Czego chcecie?- pyta bez emocji z grymasem wymalowanym na twarzy. Zastanawiam się co ja robię w tym cyrku. Poruszam głową i biorę głębszy oddech.
- Tatuś.- wyciąga rączki Alice. On natomiast nie stwarza pozoru zainteresowanego.
- Nalegały.- dodaje pokazując na córki. Jeśli to zależałoby ode mnie już dawno bym wyszła, jednakże one mają prawo zobaczyć się z nim.
- Skąd mam wiedzieć, czy to ja jestem ich ojcem.Może nim być Phillip.- przeszywa mnie swoim wzrokiem.
- Przecież one są twoimi kopiami. Nawet do mnie nie są tak podobne jak do ciebie. Zwariowałeś?- krzyczę.
- To  ja żyłem w błędzie przez tyle lat. Choć Lise zimno tu.- okrywa ramieniem szatynkę i zamyka drzwi.
Nie wierzę. Czy on właśnie to zrobił? Z Lise? Tak, tą która kiedyś ogłosiła na imprezie tą wspaniałą ale jakże nieprawdziwą historie o ciąży z Philipem. Łzy ciekną mi nieprzerwanie. Wspólnie z tymi  niewinnymi istotkami kieruje się do samochodu. Na domiar złego zaczęło padać. Tak wygląda koszmar?
Lecz teraz to nie sen. To dzieje się naprawdę. Déjà vu ? Tylko, że wtedy koszmar się skończył a teraz on trwa.
Próbując zapanować nad całą sytuacją włączam wycieraczki. Słysze krzyk Katie i odwracam głowę. Zła chwila, zły gest i ………. Nastaje  Ciemność.

****
Słyszę głosy. Coś uniemożliwia mi otworzenie oczu. Czuje ból przeszywający każdy centymetr mojego ciała. Próbuje zebrać fakty w całość. Nasłuchuje obiekt przy mnie. Może w końcu coś zrozumiem, dlaczego ja do cholery nie potrafię otworzyć oczu???

- Wstań proszę cię. Dzieci cię potrzebują i ja. Zrób to dla nas. Nie zostawiaj nas.

Słowa odbijały się echem w mojej głowię. Kto na mnie czeka? Jakie dzieci? Co mam zrobić? To takie trudne. Gubię się w tym.


Okiem Johanna.*


Kiedy tylko dowiedziałem się co się stało od razu tu przyjechałem. Złapałem się za głowę. Jest cała posiniaczona. Czułem się jakbym stracił większą część siebie, tę do której się przywiązałem, którą pokochałem i której zostawić nie mogę. To zapłata za to co im zrobiłem, gorzka lekcja. Nie miałem odwagi pójść do nich, do istot, którym wyrządziłem najwięcej krzywdy. Wszystko dzięki mojej mamie. Wchodząc nie kryłem łez. Zresztą nie chciałem pokazać ważniaka, którego nie poruszył widok dziewczynek  podłączonych do wielu kolorowych  kabli. Były takie, jak je widziałem po raz pierwszy. Małe, bezbronne i ciche. Lecz wtedy dostały dar życia, a nie o nie walczyły. Lekarz powiedział mi, że najgorzej jest z Melanie. Dziewczynki dzięki temu, że zostały przypięte i siedziały z dala od samochodu, które je potrącił cudem z tego wyszły. Melanie doznała licznych obrażeń. Lekarze uznali jej stan za krytyczny. Mogłem się jedynie modlić, aby drobnej postury brunetka walczyła o życie. Od 3 tygodni moim domem stał się szpital. Tydzień temu wypisałem Katie i Alice. Zabrałem je do naszego domu, w którym zastałem puste butelki po winie. Gdyby nie Lora  i  mama nie poradziłbym sobie z dwójką dzieci, które nie mogły pogodzić się z nieobecnością matki. Przez ten czas zrozumiałem wiele rzeczy. Nigdy nie kochałem Lise, nigdy jej też nie całowałem. Miała odgrywać moją dziewczynę aby wbić kołek w serce Melanie. Chciałem, aby poczuła to samo co ja, kiedy zobaczyłem ją z Phillipem. Zresztą znów wyjechał. Nie chcę go widzieć. Nawet nie wie o wypadku dziewczyn i nie chce aby ktoś mu o tym powiedział. Poprosiłem media o uszanowanie mojej prywatności. Dziś po raz kolejny przemierzam tą samą drogę z nadzieją, że w końcu się obudzi. Czekanie jest wiecznością. Po raz kolejny prowadzę monolog sam ze sobą, już nawet nie wiem czemu to robię. Przyzwyczajenie? Tak myślę. Ale ja nie chcę rutyny. I jakby moje słowa w końcu zaczęły się spełniać, kiedy wychodząc słyszę jej cichy ochrypły głos. I czuje, że kamień mi spada z serca. To cudowne uczucie, jak te po  zdobyciu złota z kolegami w Kulm. Teraz to ja muszę zawalczyć by wygrać. 






*********************************************************************************

Rodzinka mi pochorowała i musiałam odbyć 4 dniową wizyte poza domem, poza internetem ;<
Przepraszam za opóźnienie, ale sa rzeczy ważne i wazniejsze ;)
Ferie mi  kończą ;<< w sumie to nawet nie wiem, kiedy się zaczęły ;>. 
Zapraszam na bohomazylili- jest notka o PŚ z Zakopanego.;))

Życzę spokojnej nocy i szaleństwa dla zaczynajacych zimowa zabawe a dla mnie ----wytrzymałości w szkole ;D

ps; fajnie jest pisać z punktu Johanna ^^






środa, 18 stycznia 2017

Chapter 7


Pamiętasz 1 dzień wiosny? Wiem, że obchodzimy go co roku, lecz może jednak przez twoją głowę przedzierają się urywki tamtego dnia? Piekliśmy wspólnie z wychowawczynią  kiełbaski napawając się zapachem budzącej się do życia przyrody. Nie zabrakło też piosenek i zabaw organizowanych na świeżym powietrzu. Wtedy pierwszy raz zrozumiałam, że jednak coś dla ciebie znaczę mimo wielu próśb, ażebym dała sobie z tym spokój, żyła bez ciebie. Wlałeś we mnie ducha walki do dalszego działania. Tak wiem, zabawa w zbijaka nie jest dobrym motywem przewodnim naszej znajomości , ja zaś tą chwilę będę wspominała do końca swojego życia. Mimo iż byliśmy w jednej drużynie tylko mnie obroniłeś przed lecącą piłką. Kogo to obchodzi, że jako jedyna nosiłam okulary i nie można było we mnie celować. Uratowałeś mnie bohaterze. <3


Znów wbija mi drzazgę w serce. Kiedy się odbija i nie przechodzi do kolejnej serii. Kiedy ze spuszczoną głową mija kamerzystę, czasem z furią.  Chciałabym cofnąć czas, wiem, że to przeze mnie opadł z sił. Straci fanów i  motywację  przez jedną osobę. Przełączam kanał. Nie mogę dłużej na to patrzeć. Podchodzą do mnie dziewczynki i  zabierają mi pilota z ręki. Z wymalowanym na twarzy zdziwieniem patrzę na małe podobizny Johanna.
- My chcemy oglądać tatę.- mówi Katie.Nabieram powietrza do płuc.
- Tata nie przeszedł dalej.- wyraz ich twarzyczek jedynie utwierdza mnie w przekonaniu co takiego zrobiłam.
- Następnym razem mu się uda mamo.- dotyka mojego ramienia Alice. Lekko się uśmiecham oddając im otuchy. Oby miały racje.
-Na pewno.- czochram ich główki.
*
- I jak?- patrzy na mnie uważnie odkręcając dietetyczną colę.
- Ni jak.- odwracam wzrok w stronę morza.- Naprawdę było by o wiele lepiej gdyby nie było dziewczynek. Wyjechałbym od tego zgiełku.
- Chyba sobie żartujesz.- trąca mnie ramieniem.- od kiedy to dzieci stanowią dla ciebie przeszkodę?
- Od kiedy zaczęły się nieustannie pytać co z ojcem.
- Przecież miał wrócić.- upija łyk cieczy.
- Najwidoczniej jego słowa nic ie znaczyły. Cholera.- odrywam ręce od barierki.- mógł chociaż do nich zadzwonić. Rozumiem, że jestem ostatnią osobą, którą chce widzieć ale chociaż one.- bezradność opanowała moje ciało.
-Daj mu czas.- mówi cicho.
-Od 1.5 miesiąca się nie odzywa. Ile mam mu jeszcze dać?- unoszę się.
- A co z Phillipem?- przewracam oczami.
- Nie chce mieć z nim jakikolwiek kontakt. Gardzę nim i jego pewnością siebie.
-Idziemy na kawę?
-Nie chce żadnej kawy.- burzę się.- chce w końcu mieć święty spokój.
- Zanim to nastąpi muszę ugasić swoje pragnienie.- szczerzy mordkę po czym prowadzi mnie do kawiarenki. Kochana wariatka.
- A jak tobie się wiedzie?- zaskakuję ją tym pytaniem.
- Żyję.- szczerzy się.
- A u Kennetha jak tam?- wytrącam ją z równowagi.
- Nasza znajomość kwitnie.- zarzuca włosy za szyje i czy ja widzę malinkę? Oooooo
- Nie wątpię.- uśmiecham się szeroko ona natomiast przewraca oczami i wystawia serdecznego palca przez co jeszcze szerzej się uśmiecham. Oj Lora.


**
Płacz. Słyszę płacz.. Momentalnie się budzę? Dziewczynki? Biegnę do ich pokoju.
- Co się dzieje?- biorę je na ręce.
- Chcemy do taty.- mówi Alice pocierając oczy.
- Ale jest noc.- pokazuje  na okno.
- Chcemy do taty.- zanoszą się płaczem. 30 minut potem obie nadal nie ochłonęły, wręcz ich rozpacz się nasiliła. Nie pozostaje mi nic innego jak tylko złożyć wizytę Johannowi o 3 w nocy. Jadąc przez miasto nie widzę żywej duszy. Zresztą nie powinno mnie to dziwić.
Po niespełna 40 minutach stoję z dziewczynkami przed drzwiami rodzinnego domu Forfanga. Niepewnie pukam do drzwi. Otwiera mi  nieznana szatynka ubrana w krótkie spodenki i top. Kim ona do cholery jest?
- Wie pani która jest godzina?- Pani? Patrzę na dom. Ten, na pewno ten. Nie pomyliłam się.
- Jest może Johann?- pytam wprost. Widzę zdziwienie na jej twarzy.
- Tak. Coś jeszcze?- co za bezczelna dziewczyna. Mrugam oczami próbując przyswoić sobie fakty.
- Mogłabyś go zawołać?
- Mam mu powiedzieć, że przyszli……?- pyta z lekceważeniem.
- Jego dzieci.- uśmiecham się triumfalnie. Teraz to dopiero jest zdziwiona. Puszczam oczko małym, które bez słowa wpatrują się to we mnie to w szatynkę. Po 3 minutach przychodzi Johann. Na Boga on jest pół nagi!
-Czego chcecie?- pyta bez emocji z grymasem wymalowanym na twarzy. Zastanawiam się co ja robię w tym cyrku. Poruszam głową i biorę głębszy oddech.
- Tatuś.- wyciąga rączki Alice. On natomiast nie stwarza pozoru zainteresowanego.
- Nalegały.- dodaje pokazując na córki. Jeśli to zależałoby ode mnie już dawno bym wyszła, jednakże one mają prawo zobaczyć się z nim.
- Skąd mam wiedzieć, czy to ja jestem ich ojcem.Może nim być Phillip.- przeszywa mnie swoim wzrokiem.
- Przecież one są twoimi kopiami. Nawet do mnie nie są tak podobne jak do ciebie. Zwariowałeś?- krzyczę.
- To  ja żyłem w błędzie przez tyle lat. Choć Lise zimno tu.- okrywa ramieniem szatynkę i zamyka drzwi.
Nie wierzę. Czy on właśnie to zrobił? Z Lise? Tak, tą która kiedyś ogłosiła na imprezie tą wspaniałą ale jakże nieprawdziwą historie o ciąży z Philipem. Łzy ciekną mi nieprzerwanie. Wspólnie z tymi  niewinnymi istotkami kieruje się do samochodu. Na domiar złego zaczęło padać. Tak wygląda koszmar?




*****************************************************************************


 Wszystkie zaległe rozdziały przeczytałam jak coś skomentuje te nowsze posty, bo w tych mi sie nie chcą dodawać komentarze XD.
Miałam do Zakopanego nic nie pisać ale męczy mnie bezsenność ;D
Kolejny ukarze się <obiecuje> jak wrócę z PŚ czyt. pn/wt. ;*
Mimo wszystko dziękuje za liczbę odwiedzin i zbieram się z pakowaniem <3

niedziela, 15 stycznia 2017

Chapter 6



Dzień moich  13 urodzin. Tak długo wyczekiwany okazał się totalną klapą. Zrobiłam dla ciebie zaproszenie, zresztą nie tylko ty miałeś się zjawić. Lecz to na twoją obecność tak bardzo liczyłam. Bałam się tego, że nie cię nie będzie, że coś będzie ważniejsze. Ku mojemu zaskoczeniu i radości spełniłeś moje prośby. Dostałam od ciebie pluszaka i słodycze. Od tamtego dnia owy miś spędzał ze mną każdą noc.  Co jakiś czas zerkałam na ciebie, czy aby się nie nudzisz. Twój kolega zaproponował grę o nazwie ,,butelka’’, nie podobały mi się zasady, byłam przeciwniczką takiej formie rozrywki. Niestety przekonałeś mnie. Po kilku rundach przyszedł czas na ciebie. Dostałeś zadanie, aby pocałować Lise, która siedziała przy mnie. Bez żadnych skrupułów tu uczyniłeś. Wszyscy wiwatowali i bili brawa a ja próbowałam się nie rozpłakać. Od tamtego dnia znienawidziłam urodziny , lecz nadal moja miłość została.

Minuty mijają. Po raz setny przeglądam się w lusterku. Oddycham głęboko i otwieram drzwi. Pewnym krokiem zmierzam ku oświetlonej kawiarence z nadzieją na szybkie rozwiązanie sprawy. Postawiłam sobie jasny cel: wysłucham i wyjdę.  Sam dobrze wie, że nie lubię rozpamiętywać rzeczy. W wejściu wita mnie aromat świeżej kawy i zapach jabłecznika. Zdejmuje kurkę i  podążam w kierunku wyznaczonego stolika. Już jest. Sprawdza coś na telefonie.
- Hej.- zakłócam jego cisze. Unosi wzrok i uśmiecha się lekko.
-Już myślałem, że nie przyjdziesz.- przygląda mi się badawczo.
- A jednak jestem.- zarzucam włosy.- czemu mam wrażenie, że sms, który mi wysłałeś brzmiał jak groźba?- uśmiecha się półgębkiem
- Inaczej byś tu nie była.- ołł. Rumienie się lekko.- Chciałbym  wiedzieć jak tam u ciebie. Jak dobrze pamiętam znamy się od dawien dawna.
- Mam ci wyjawić co robiłam przez ostatnie 6 lat?- potrząsam głową.- nie rozumiem.
-Johann mówił, że między wami jest różnie. Nadal zastanawiam się, dlaczego za niego wyszłaś.- marszczy brwi. Palant.
-Ponieważ byłam w CIĄŻY.- mówię nieco głośniej podkreślając ostatniej słowo.- oboje uznaliśmy, ze tak będzie najlepiej.
- Zrobiliście to względem córek nie siebie.
- Skąd nagle zacząłeś interesować się moją rodziną?- pytam z wściekłością.- Wyjechałeś i pozostawiłeś przyjaciela samego. To nie mi powinieneś prawić kazania. – zakładam ręce.
- Po prostu uważam, że robisz mu krzywdę.  Katie i Alice dorosną i skojarzą fakty odnośnie całej tej pokręconej,,rodzinki’’.
-Czego chcesz?-pytam. Nie będę dłużej tego słuchać.
- Ciebie.- mówi wprost wywołując u mnie całkowite zdezorientowanie.
- Mam się śmiać czy płakać?-kurczowo gładzę materiał spódnicy.
- Zrozumiałem kilka spraw. Wiem, że byłaś we mnie szaleńczo zakochana i że to ja miałem być twoim księciem na imprezie, nie Johann. Wiem, ze nadal mnie kochasz.- patrzy w lewą stronę. Podążam za nim wzrokiem i …… O MÓJ BOŻE.
Zostawiam wszystko i biegiem ruszam ku skoczkowi.
- To prawda?- pyta wprost.Emanuje nim złość i... agresja?
- Ja.- nie potrafię dobrać słów.-Ja…
- Pytam ostatni raz.- jego stanowczość mnie przeraża. Nigdy go takiego nie widziałam. Boję się go.
- To było kiedyś. On, on zniszczył mi życie, uwiódł i uciekł i potem poznałam ciebie. Nie żałuje niczego co było między nami. Daj mi to wyjaśnić.- krzyczę  ze łzami w oczach widząc jego oddalającą się sylwetkę. –Kocham cię.- Czy tak wygląda koniec? Nie wiem, próbuje poukładać fakty. Z frustracją wracam po swoje rzeczy. Nadal tam siedzi. Brzydzę się nim.
- Jak mogłeś?
- Musiałem. Nigdy nie będziesz z nim szczęśliwa. Pozwól mi to wszystko naprawić. – łapie mnie za ręce. Dostrzegam w jego oczach ogniki nadziei. Czemu nie cofam dłoni?
- Zraniłeś swojego najlepszego przyjaciela zdajesz sobie z tego sprawę.
- On zabrał mi ciebie.- bez żadnego współczucia odnosi się do kogoś, kto przez pół życia ratował mu ty tyłek.
- Byłam dla ciebie nikim a teraz nagle przyjeżdżasz i wszystko mi niszczysz.  – nie tamuje już łez.
- Nie kłam i powiedz, że nadal jesteś we mnie zakochana.
-  Mam dzieci i męża.- opuszczam głowę w dół.
- Tylko to powiedz.- potrząsa mną.- proszę powiedz.- nie wie już co robić, nie wiem jak mam się zachować.
-Tak, nie, nie wiem-gubię się w tym.
- Chcę to odbudować. – mówi pewnie.
- A ja chce odbudować moją rodzinę Phillip.- zabieram telefon i biegnę do samochodu. Kiedy jestem sama zanoszę się histerycznym płaczem. Ręce mi drżą, muszę chwilę ochłonąć nim ruszę na drogę. W domu jestem 30 minut później. Nie ma go, nie zostawił nawet listu. Zaraz, zaraz….. gdzie dziewczynki? Biegnę na piętro ale widzę pustki. Zdenerwowana dzwonie do mamy Johanna.
- Dobry wieczór.
- O witaj Melanie.-jej przyjazny ton lekko wytrąca mnie z równowagi.- nie martw się dziewczynki już dawno śpią.- uffff, czyli jednak tam są.Kamień spada mi z serca. Co ze mnie za matka!
-To dobrze.-oddycham z ulgą.
- Mam wrażenie, że jesteś zdrenowana. Johann też dziwnie się zachowywał.
- Ciężka sprawa.- pustym wzrokiem patrzę w okno.
- Wiesz, że możesz mi powiedzieć. Chcę dla was jak najlepiej. Mój syn nie mógł trafić na kogoś lepszego.- czuje, że zaraz ją zawiodę, stracę cały szacunek w jej oczach.
- Johann usłyszał moją rozmowę pomiędzy Phillipem odnośnie naszego ,,małżeństwa’’. Zraniłam go i poszedł. Boje się o niego.- dodaje.
- Nie sądzisz, że ten przymusowy akt zbliżył was?- nie jest zła??
- Tak myślę. Mamy cudowne dzieci.
- Nie oto mi chodzi.- przerywa.- Nie zasłaniajcie się dziewczynkami. Oboje byliście zauroczeni w nich, kiedy przyszły na świat i to uczucie przeszło na was.- to zadziwiające ile ta starsza kobieta ma racji. Teściowa, marzenie.
- To prawda. Ale co mam teraz zrobić?
- Daj mu czas. Musi ochłonąć i przyswoić pewne fakty. A ty musisz się przespać, jesteś zdenerwowana dziecko.
- Dziękuję.
- To ja dziękuję, że mogę wam w jakiś sposób pomóc.
- Odbiorę jutro dziewczynki.
Na tym kończy się nasza rozmowa. Bezustannie chodzę po domu szukając czegoś, czym mogłabym się zająć. Dochodziła 23 w nocy a ja skończyłam z filmem i winem w ręku.

*Następny dzień
Słyszę pukanie do drzwi. Unoszę ociężale powieki i przyswajam fakty. Patrzę na wino i telefon. Pukanie nie ustępuję.  Idę do holu zahaczając o lustro. Wyglądam gorzej niż zwykle.
- Woooow. Stara – zaczyna od wejścia Lora zrzucając kurtkę.
- Nic nie mów.- uciszam ją.- Zrobić ci kawy?
- Mogłabyś.
- A więc?- unosi rozgrzany kubek z parująca cieczą. Ja natomiast jem kanapki.
- Zjebałam.- opuszczam głowę.
- CO?
- Pojechałam  do Phillipa, wyjawił wszystko i zaprosił Johanna , który to słyszał. I uciekł, nie wiem gdzie jest, nie dał mi szansy na wytłumaczenie.-  skupiam wzrok na kolorowym kubku.
- Nienawidzę Phillipa.- marszczę brwi.
- Przecież to samo mówiłaś o Johannie.- wypominam jej.
- Ale jego bardziej nie lubię. To skończony dupek. Nie powinnaś mieć teraz z nim jakikolwiek kontakt po tym co zrobił.-zakłada ręce.
- Nie zamierzam.- potrząsam głową. – Słuchaj muszę odebrać dzieci.Zostaniesz tu ?
-Jasne. Mogę nawet coś ugotować. Po wczorajszej nocy pozostał bajzer nie tylko u ciebie ale w twoim domu.- zaznacza unosząc kąciki. Patrze na nią z politowaniem i zabieram się w drogę.
*
- Melanie, już jesteś.- całuje mnie na powitanie.
- Są dziewczynki?
- Tak, tak.- wpuszcza mnie do środka.- Katie, Alice mama przyszła. – słyszę w góry stukot małych nóżek. Po chwili zatapiam się  w uścisku dwóch cholernie ważnych dla mnie istotek. I już wiem, o co mam walczyć. To daje mi solidnego kopa.
- Trzymam za was kciuki. Będzie dobrze.- głaszcze mnie po ramieniu.
Z nadzieją wychodzę w domu i kieruje się z dziewczynkami do auta.
Dostaje sms.
,,Powiedz Katie i Alice, że jestem na zawodach i wrócę niebawem’’

To łamie mi serce. Znów muszę kłamać. Zupełnie mnie olał. Zostałam sama pośród tych niekończących się problemów.
A ponoć nadzieja matką głupich.





*******************************************************************************
Rozdział dedykuje 2 osobom , które dały mi solidnego kopa, one wiedza o co chodzi ;));***

Chyba przekręciłam śruby ;P, jestem znana z tego, że nie lubię sielanek;p

ps: mam teraz ferie i liczę na kolejne rozdziały, jeśli byście chcieli ;))))))))))))

Miłej niedzieli <3